Zdobyć przestrzeń!

2014

ingerencja przestrzenna z elementami działania performatywnego
czas trwania 24h

niezależna realizacja

Mniej więcej tona słomy została umieszczona w mieszkaniu typu kawalerka o wymiarach 3,3 x 7,5 x 2,53 m. Przestrzeń została wypełniona w całości, wraz ze wszystkimi obiektami i rzeczami znajdującymi się w środku. Projekt wskazywał na relację między betonowym, surowym budynkiem, a organiczną ludzką interwencją w jego monolit. Skupiał się na interakcji i odbiorze społeczności lokalnej i charakteryzował się ulotnym charakterem – trwał 24 godziny.


Słoma wystaje mi z okien
wywiad przeprowadzony w ramach wystawy "Rysopis. Wystawa artystów urodzonych w Polsce po 1989 roku"
kurator Piotr Krajewski
publikacja "Rysopis. Rozmowy"
Fundacja WRO Centrum Sztuki Mediów, Wrocław 2015

Piotr Krajewski: Skąd wziął się pomysł na wypchanie własnego mieszkania słomą?

Anna Jochymek: Idea pojawiła się rok temu i wynikała głównie z tego, że bardzo dużo czasu spędzałam w swoim mieszkaniu. Moja ówczesna praca pozwalała mi na to, by część obowiązków wykonywać w mieszkaniu, które stało się punktem odniesienia do wszystkiego, co robiłam, determinowało moje zachowania.

PK: Czy chcesz powiedzieć, że dużo czasu spędzałaś w swoim mieszkaniu, dlatego, że je lubiłaś? Czy dlatego, że go nie lubiłaś?

AJ: To mieszkanie pojawiło się znienacka, wprowadziłam się do niego. Prawdę mówiąc do dziś przypomina bardziej pracownię, w której ktoś sypia. Nie jestem, i nigdy nie byłam, osobą związaną z jednym miejscem, często zmieniałam adres zamieszkania. Wydaje mi się, że charakterystyczną cechą mojego pokolenia jest to, że ludzie tracą poczucie własnej tożsamości przez częstą zmianę mieszkań. Nie wiedzą, czy za rok - nawet za miesiąc - będą mieszkać w tym samym mieszkaniu, czy mogą kupić do niego meble, bo za moment, i tak trzeba będzie się z tym przeprowadzać na inną ulicę albo do innego miasta, a może państwa. Nie do końca mamy też dokąd wracać, bo nasze stare pokoje w naszych rodzinnych domach zostały już zaadoptowane przez rodzinę. W pewnym momencie, leżąc na łóżku, pomyślałam, że to nie jest nic warte, i że jedyne, o czym marzę, to żeby wypchać swoje mieszkanie słomą. Słoma jest materiałem organicznym, przywodzi na myśl ciepło (na stronie: Mój dziadek podczas wojny spał z rodziną w piwnicy własnego domu na siennikach ze słomy i mimo przykrych okoliczności, sam ten fakt wspomina z pozytywnie. Pomyślałam, że materiał, który służy do uszczelniania pomieszczeń, odpowie na moje zmaganie się z przestrzenią, z moim M1, z 23,7 m2, które określają moje miejsce na ziemi. Nie identyfikuję się z tym miejscem, ale myślę, że warto zwrócić na nie uwagę i zadać sobie pytanie w zasadzie, dlaczego się z nim nie identyfikuję. Mieszkam w 10-piętrowym bloku, który zamieszkuje kilkadziesiąt, być może nawet kilkaset, rodzin. Nie znam tych ludzi, większość w ogóle mnie nie kojarzy. Mieszkam tam dwa lata, mijamy się gdzieś w tym wszystkim. Ta mała jedna komórka gdzieś z boku jest moim miejscem. Po roku zastanawiania się doszło w końcu do realizacji tego pomysłu.

PK: Chcesz powiedzieć, że to przez mieszkanie znalazłaś się w tym miejscu w życiu?

AJ: Nie, nie, absolutnie nie. Uważałam, że takie rozwiązanie w danym momencie będzie najlepsze dla mnie, dla mojego rozwoju, dobrego samopoczucia. Taka była kolej rzeczy. Pojawiła się Warszawa i to było zupełnie w porządku. Przeszkadzać zaczęło mi dopiero wtedy, kiedy wszystko zaczęło kręcić się wokół mojego mieszkania w Warszawie, kiedy wszyscy próbowali określić moje położenie przez pryzmat metrów kwadratowych, które są absolutnie nieprzystające do tego, w jaki sposób chciałam być odbierana, nie przez pryzmat tego, ile metrów kwadratowych w przestrzeni określa moją obecność, tylko dlaczego ja się w tej przestrzeni chwilowo znajduję, a nikt o ten powód nie pytał, a dla mnie to było zawsze najważniejsze.

PK: Zatem irytowało cię to, że zaczęłaś być postrzegana jako właścicielka mieszkania, podczas gdy większość ludzi w twoim wieku właścicielami nie jest. Czy uważasz, że są bardziej swobodni przez to?

AJ: Myślę, że tak. Chociaż mam dużo mniej problemów niż większość moich kolegów i koleżanek, którzy muszą zmagać się z wynajmowanymi mieszkaniami. Nie czuję się jednak dorosłą osobą w takim klasycznym ujęciu, żeby myśleć o mieszkaniu jak o czymś, co powinno wypełnić się meblami z IKEI, a w konsekwencji - nie daj Boże - założyć rodzinę (śmiech) i spełnić jakieś takie przynależności, również kulturowe.

PK: A jak słoma miała się do tego jako tworzywo? Czy to było ważne, że nią właśnie wypełniasz beton, mieszkanie z wielkiej płyty?

AJ: Tak, mieszkam w klasycznym budynku z wielkiej płyty z lat 60. Słoma okazała się świetnym materiałem, absolutnie nieprzystawalnym do jego struktury: brutalności, prostoty i brzydoty. Słoma była materiałem, który cały czas pozwalał na przepływ powietrza, żeby powietrze wlatywało do mieszkania, przelatywało przez nie i wylatywało, tak aby w mieszkaniu ciągle zachodziła reakcja oddychania. Przez zderzenie słomy z materią wielkiej płyty pojawił się przyjemny zgrzyt. Bloki są nienaturalne, ja tą naturę wkładam z powrotem do tego bloku. Ta organiczność była dla mnie bardzo ważna.

PK: A ile było tej słomy?

AJ: Mniej więcej tona.

PK: I wnosiłaś ją sama, czy wynajęłaś jakąś ekipę, która ci to wniosła?

AJ: Najpierw pojechałam na wieś i ją wybrałam. Okazuje, że to wcale nie jest takie łatwe. Potem znalazłam transport.

PK: Pod jakim kątem słoma okazała się dobra?

AJ: Na przykład pod względem kolorystycznym. Ja wybrałam trochę jaśniejszą. Kubiki też były w porządku. Panowie pokazywali mi też snopki, ale kubiki były lepsze, bo łatwiej było mi przeliczyć, ile powinnam tego wziąć. Spędziłam bardzo miły dzień na wsi, stałam w stodole i debatowałam, która słoma będzie lepsza. To było też świetne, że panowie, którzy mi doradzali, byli bardzo podekscytowani tym, że ja chcę ją przywieźć do Warszawy i wypchać nią mieszkanie. W umówionym dniu przywieźli mi ją pod blok, była ze mną dwójka przyjaciół. Jedna osoba wnosiła ze mną tę słomę, a druga robiła dokumentację. Reakcje sąsiedzkie nie były szczególnie sprzyjające.

PK: Czyli sąsiedzi nie włączyli się spontanicznie w pomoc we wnoszeniu tej słomy?

AJ: Prawdę mówiąc była tylko jedna taka sytuacja. Dozorczyni mojego bloku wiedziała o wszystkim. Jej synowie, w wieku gimnazjalnym, byli urzeczeni tym, co się dzieje i przez cały wieczór pomagali mi ją wnosić i sprzątać. Podczas gdy starsza generacja była absolutnie przeciwko. Uważali, że blokuję i brudzę wspólną przestrzeń korytarza, wkraczając w ich przestrzeń osobistą, burzę utarty porządek, ci młodzi ludzie byli bardzo otwarci.

PK: A ci starsi, ich reakcja, jak mówisz, nie była zbyt entuzjastyczna. Czy uważasz, że w ogóle rozumieli Twój projekt? Czy rozumieli go opacznie? Czy w ogóle nie chcieli rozumieć?

AJ: Ważne, by uświadomić sobie, w jakich warunkach robiłam ten projekt. To nie był żaden festiwal artystyczny, nie byłam wspierana przez żadną galerię. Nie to mnie interesowało. Z mojej strony to był gest, który uznałam, że należy wykonać. Powody, dla których to zrobiłam i moje konotacje wizualne były zupełnie różne od tych, posiadanych przez moich sąsiadów. Robiąc projekt dla społeczności lokalnej, musiałamliczyć się z tym, że nie odczytają go w taki sam sposób, jak ja, czy moi znajomi. Dla nich te konotacje były zupełnie inne. Najczęściej słyszałam, że słoma wystaje mi z butów, że jestem ze wsi, ale przede wszystkim, że istnieje zagrożenie pożarowe i że nie mam prawa tego robić. Wielokrotnie padały zarzuty, że nikomu o tym nie powiedziałam, czy administracja o tym wie. Byli spanikowani, co, z drugiej strony, wydało mi się dość interesujące, bo pierwszy raz zobaczyłam, że moi sąsiedzi próbowali stworzyć coś w rodzaju grupy. Ludzie, którzy się nie znają, mówią sobie dzień dobry tylko na podstawowym poziomie, nagle próbują stworzyć grupę w celu obrony siebie przed czymś złym. To było fascynujące. Myślę, że to jest rzadkość teraz.

PK: Targając tę słomę, jednocześnie rozmawiałaś z sąsiadami, musiałaś się im tłumaczyć?

AJ: To zależało. Sam ten proces wnoszenia słomy nie trwał długo, łącznie z posprzątaniem klatki, to były trzy, może cztery godziny. Tak naprawdę większość czasu mogłam spokojnie wnosić tę słomę. Momentem kulminacyjnym było kiedy sąsiedzi wylegli z mieszkań na korytarze i zaczęli bardzo głośno dyskutować między sobą na ten temat. Ten projekt nie wywołał tylko negatywnych reakcji. Niektórzy sąsiedzi oglądali to z uśmiechem na twarzy, młodsze pokolenie rozszyfrowało to na zasadzie: „A co to jakiś performans?” (PK śmieje się) Rozmowy pojawiały się gdzieś pomiędzy, a kiedy klatka nagle zrobiła się czysta, one zniknęły. Następnego dnia, kiedy mieszkanie było otwarte, było czysto, świeciło słońce, te rozmowy pojawiły się znowu, ale już w zupełnie innym kontekście.

PK: Całe mieszkanie zostało wypełnione słomą? Ze wszystkimi twoimi rzeczami, meblami w środku?

AJ: Tak, z mieszkania wyszłam tylko ja i walizka z rzeczami niezbędnymi dla mnie, czyli ubraniem na przebranie, kosmetykami, komputerem. Cała reszta została. Cała moja biblioteczka, dokumenty, łóżko, szafy, meble w kuchni i w łazience, przedmioty codziennego użytku. Kubiki ze słomą wypełniły, a właściwie dopełniły tę przestrzeń do sufitu.

PK: Co się stało, gdy zobaczyłaś, że ostatnia belka słomy została włożona?

AJ: Pamiętam, że był taki moment, kiedy stanęłam w drzwiach i pomyślałam, że nie dam rady tego zrobić do końca. Nie wiem, dlaczego, ale nagle pojawiła się taka chwila zwątpienia. Ale wiedziałam, że nie mogę po prostu zamknąć drzwi i uciec. Ta słoma jest wszędzie! (śmiech) I nie mogłam się z tego wycofać. Nie chciałam tego, oczywiście, ale pojawił się taki wewnętrzny niepokój. Wtedy właśnie osoba, która robiła dokumentację, zostawiła kamerę i pomogła mi z realizacją. Kiedy włożyłam ostatnią kostkę słomy, pomyślałam, że mam teraz w głowie czystą kartkę. I że to jest wspaniałe uczucie.

PK: Czy kiedy zobaczyłaś to, co zrobiłaś, uznałaś to dzieło za leżące w twoim oeuvre?

AJ: Nie myślałam o tym, czy to mieści się w kanonie moich dotychczasowych dokonań artystycznych, czy nie. To była praca robiona poza tym wszystkim. To był gest, który wykonałam, i którego konsekwencje musiałam - a w pewnym sensie chciałam - wziąć na siebie. Nie myślałam: „Świetnie, wypchałam mieszkanie słomą, ale super! Będzie dobrze wyglądało w portfolio i w ogóle rewelacja, zrobiłam najbardziej szaloną rzecz w życiu”. Próbuję uniknąć stwierdzenia, że tak naprawdę byłam przerażona.

PK: No, ale teraz ten projekt jest już w twoim portfolio...

AJ: Bo wypowiadam się ogólnie, w szerszym kontekście, mimo działania w obszarze lokalnej społeczności reprezentowanej tutaj przez mieszkańców bloku. Sztuka jest moim językiem.

PK: I teraz, gdy leżysz na swoim łóżku, to jest inny rodzaj doświadczenia niż wcześniej?

AJ: (śmieje się) Myślę, że tak. Chociaż, oczywiście, nic się nie zmieniło, moje meble się nie zmieniły, podłoga ani sufit się nie zmieniły, zapach też już zniknął. Uderzyło mnie, że nagle okazało się to wielkim „halo”, tylko dlatego, że ta słoma wystawała z okien i drzwi. To stało się problemem, bo było widoczne. Nikt nie pytał się o to  co trzymamy w swoich domach. Zastanawiało mnie, dlaczego ludzie reagują na to tak gwałtownie.

PK: Miałaś otwarte okna...

AJ: Starałam się być transparentna w swoim geście, nie ukrywałam tego, bo nie miałam nic do ukrycia.

PK: Twój projekt wypływał z zupełnie osobistych, wewnętrznych motywacji, relacji z własną przestrzenią. Czy ten aspekt społecznościowy, który się pojawił jako test relacji sąsiedzkich, zmienił twoje myślenie?

AJ: Zawsze staram się przewidzieć możliwości od A do Z, wymyślać najbardziej absurdalne scenariusze, które mogą się wydarzyć i zastanawiać się, jak sobie z nimi poradzić, by móc ewentualnie przeprojektować działanie. Nie działałam w oderwaniu od myśli na temat społeczeństwa. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, uświadomiłam sobie, że ten projekt jest w jakiś sposób obrazem kondycji społecznej i tego, jak to społeczeństwo obecnie funkcjonuje. To było bardzo ważne doświadczenie dla mnie i mam nadzieję, że dla nich również.

PK: Bardzo mi się podoba wszystko, co mówisz. Zawsze miałem poczucie, że to niesamowity projekt, prowokujący, wymagający odwagi. Jak teraz reagują na ciebie sąsiedzi?

AJ: Relacje sąsiedzkie są na bardzo przyzwoitym poziomie. Wszyscy sąsiedzi odpowiadają mi „dzień dobry”, nie miały miejsca żadne nieprzyjemne sytuacje, typu ktoś spuścił mi powietrze w oponach, dozorczyni mnie uwielbia, cały czas (głośny śmiech), więc to jest fajne. Myślę, że na pewno siedzę jeszcze w ich głowach. Być może trochę się boją, że znowu zrobię coś dziwnego. Pamiętam, że gdy przygotowywałam makietę mieszkania na wystawę, kupiłam słomianą matę. Nie miałam miejsca u siebie w mieszkaniu, więc wyszłam z nią na klatkę. Na szczęście spotkałam tylko jednego sąsiada, który zapytał tylko, czy robię kolejny projekt. Odpowiedziałam, że nie, że to w ramach tamtego jeszcze, a on mówi: „A myślałem, że może coś nowego... (śmieją się z PK) (na stronie: Cały czas myślę, że głównym problemem było nie to, że wypchałam mieszkanie słomą, tylko że zabrudziłam klatkę schodową).

PK: A co w takim razie jakby najważniejszego powiedziałaś tym projektem samej sobie?

AJ: (uśmiecha się) Chyba po raz kolejny utwierdziłam się w tym, że bez względu na to, co się robi, trzeba za to brać odpowiedzialność. Nie uciekać przed tym. Przecież moim zamierzeniem nie było wkurzyć sąsiadów i całej Polski.

PK: A czy to nie jest symptomatyczne, że sąsiedzi zawiadomili jednocześnie straż pożarną i telewizję? (śmieją się oboje)

AJ: To było w ogóle bardzo śmieszne. Siedziałam pod klatką, już wiedziałam, że za chwilę to wszystko się skończy, przyjedzie transport, by zabrać tę słomę. I tak siedziałam, i nagle patrzę, stoi dwóch takich chłopaków, którzy rozglądają się, robią zdjęcia. Podeszli do drzwi, spojrzeli na plakat, weszli do środka. Pomyślałam: „Dobra, idę za nimi”. I poszłam za nimi, wsiedliśmy do tej samej windy. Udawałam, że jadę w tym samym kierunku, co oni. A oni w pewnym momencie tacy zwątpieni już patrzą i pytają: „A pani wie coś o tej słomie?” A ja mówię, że „nie, nic nie wiem” i otworzyłam drzwi do swojego mieszkania (głośny śmiech). Zaczęliśmy rozmawiać. – „Bo my jesteśmy z telewizji”. Okazało się, że ktoś wysłał do nich zdjęcie z pytaniem: „Co to jest?” Materiał, który nakręcili, wywołał lawinę komentarzy w internecie. Kilka dni później straż pożarna wydała oficjalne oświadczenie, że nic strasznego się nie stało. Nie złamałam prawa.

PK: A to strasznie fajne, bo od razu osadza to w jakimś też i bardziej globalnym kontekście. Ktoś wysłał zdjęcie, ktoś zainteresował się po drugiej stronie. Nie chodzi o to, by żyć w społeczeństwie, w którym taki projekt będzie obojętny?

AJ: Oczywiście. Prawdopodobnie już nigdy nie będę w stanie sprawdzić, jak zareagowaliby ludzie, bo nie zamierzam tego powtarzać (śmieje się).